Takie piękne życie
Gazeta Wyborcza Opole, 8 stycznia 2004, str. 5


          Adama Domaradzkiego trudno nie zauważyć na ulicy; mocno oszpecona połowa twarzy przykuwa uwagę. Wydawałoby się - ktoś dotknięty przez los. Tymczasem wystarczy zamienić z nim kilka słów, by zorientować się, jaki szczęśliwy z niego człowiek. Wygrał z chorobą, która dla wielu oznacza wyrok śmierci - z rakiem.

          Wychował się na krakowskich ulicach. Jego matkę mało interesował los dzieci, więc Adam w wieku sześciu lat trafił do domu dziecka. Kiedy miał 13, na jego policzku zaczął wyrastać guz. Początkowo mówiono, że to polip, jednak szybko okazało się, że to rak. Połowa twarzy zajęta była przez wielką banię.

Tak bardzo nienawidziłem

          - Pamiętam, jak bardzo nienawidziłem wtedy Boga - wspomina. - Kiedy chłopcy grali w piłkę, ja nie mogłem - z powodu kolejnego krwotoku. Mały Adam leżał w szpitalu zupełnie sam, najmłodszy na oddziale. W takich chwilach ma się przy sobie kogoś bliskiego, matkę, ojca, brata, czy choćby tylko maskotkę albo dobrą myśl. On nie miał nic.

          W operacji wzięli udział neurolog, laryngolog i okulista. Chłopcu powiedziano, że musi się liczyć ze stratą oka. - Pamiętam, że leżałem przywiązany do łóżka bandażami. Tak się zdenerwowałem, że zerwałem je.

          Po operacji z sali zniknęły lustra. Kiedy spojrzał w nie po kilku tygodniach, nie poznał własnego odbicia. - Wolałem siedzieć w pokoju sam. Nie chciałem wychodzić, wstydziłem się.

          Kiedy lekarze dowiedzieli się, że Adam jest z domu dziecka, wysłali go na dwa lata do sanatorium do Rabki. - Tam czułem się dobrze, bo takich dzieci jak ja było więcej - wspomina.

Wściekłość i kazanie

          Problem zaognił się, kiedy Adam wrócił i zaczął uczyć się w zawodówce. - Do dziś huczą mi w głowie śmiechy, dokuczliwe słowa. Pamiętam, jak poszedłem do znajomych, a oni dali mi obiad w jednorazowym naczyniu, bo bali się, że zarażą się rakiem.

          Był wściekły na cały świat. Wtedy na dobre zaczęły się prochy i alkohol. Kiedy dostał mieszkanie, ze znalezieniem używek nie było problemu. Miał metę, więc był towar.

          Wkrótce odwyk, potem drugi, kilka prób samobójczych. - Nic nie miałem na tym świecie i nic już nie czułem - opowiada.

          Kiedyś, chcąc schować się przed deszczem, trafili z kolegami na kazanie Adwentystów Dnia Siódmego. Ogrzali się, dostali po książce, musieli zostawić swoje adresy. - Niedługo potem w moich drzwiach pojawił się proboszcz, który wygłaszał kazania. Pamiętam, jak dziwiłem się, że ktoś tak po prostu ma dla mnie czas, rozmawia ze mną, chce, żebym poczuł się lepiej. Proboszcz dał mi ubranie, zabierał na weekendy do swojej żony i dzieci. Tak poznałem adwentystów, wśród których znalazłem Boga i przyjaciół. Przestałem brać. Byłem szczęśliwy.

Rak wraca, wracają prochy

          W 1987 roku Adam trafił na kontrolne badania. Okazało się, że ma anemię, kolejne wykazały raka jelita grubego. - Przyjaciele z kościoła załatwili mi najlepszą klinikę. Trafiłem na chirurgię UJ w Krakowie. Tam usunięto 90 cm jelita. Na zahamowanie biegunki dostawałem duże ilości opium i silne środki przeciwbólowe, od których się uzależniłem. Kiedy przestały mi wystarczać, sięgnąłem po kompot. To był koszmar i beznadzieja, uciekłem od adwentystów i zacząłem uciekać od siebie. Narkotyki zastępowały mi wszystko, miłość, przyjaciół, najbliższych. Nie musiałem za nic odpowiadać. Trafił kolejno do pięciu ośrodków odwykowych. Najdłużej wytrzymał 9 miesięcy, najkrócej - kilka godzin. W końcu trafił na detoks do Wrocławia. Organizm był już tak wycieńczony, że lekarz powiedział: albo odwyk, albo śmierć.

          - Był 1995 rok - opowiada Adam. - Pojechałem do Monaru do Zbicka. Tam nauczono mnie akceptować siebie. Mówiono mi, że jeśli ktoś nie akceptuje tego, jak wyglądam, to jego problem, bo człowieka trzeba kochać i szanować. Wiadomo, że nie będę miał wielu przyjaciół, ale za to kilku prawdziwych.

          Po roku został w Monarze wolontariuszem, potem zaopatrzeniowcem. - Wróciłem też do adwentystów - śmieje się.

Kasia, która wspiera

          Dwa lata temu w kościele Adwentystów Dnia Siódmego w Zduńskiej Woli miał wykład o narkomanii. Poznał tam Kasię, obecnie swoją żonę. Znalazł Boga i sens życia. Potem otworzył "Garaż" - świetlicę, w której dzieci mogą spędzać popołudnia, odrobić tam lekcje, napić się herbaty. - Ja nie miałem takiej szansy - mówi.

          Wszystko stało się znów piękne. Aż do października tego roku, kiedy to pojawiły się krwawienia z jelita.

          - Wiedziałem już, co to znaczy. Wyniki potwierdziły - rak złośliwy jelita grubego.

          Lekarz zapowiedział, że trzeba będzie usunąć chory odcinek, a zatem zastosować stomię; zamiast układu wydalniczego miał nosić worek na zewnątrz ciała.

          - Poprosiłem o kilka dni do namysłu - opowiada Adam. - Długie godziny rozmyślań, pytania, po co Bóg dał mi żonę, którą teraz chce uczynić wdową. Kasia wspiera mnie, mówiąc, że cokolwiek będzie, ona ze mną zostanie. Zadzwoniła do mnie przyjaciółka z informacją, że w Sosnowcu jest profesor, który zamiast stomii stosuje implant.

          Kiedy w końcu tam dotarł, pierwsze badania wykonał adiunkt profesora, który wyczuł guz. Jednak kazał przyjść ponownie, do samego profesora Jacka Starzewskiego. Minęło kilka dni. - Przez cały czas nic nie jadłem, tylko piłem soki z buraka i marchewki - odpowiada.

          Kiedy po pięciu dniach profesor wykonał badania, okazało się, że w miejscu dwucentymetrowego guza pojawiły się dwa małe o wielkości 4 milimetrów. Lekarz powiedział, że to szansa na wykonanie operacji bez rozcinania brzucha i bez stomii. Po tygodniu Adam leżał już na stole operacyjnym. Wykonane potem badania wykazały, że były to jedynie guzy krwawnicze, a nie rak. - Lekarze nie mogli uwierzyć - cieszy się Adam. Ma dziś 45 lat.

          - A ja zwyciężyłem z rakiem. Nie poddałem się. Zresztą jak? Przecież życie jest piękne, że warto o nie walczyć. Wierzę, że Bóg podarował mi życie po raz kolejny.

           powrót
Opisała Agnieszka Jukowska