Nie nakręcony film o dwóch życiach Adama Domaradzkiego zacząć się powinien od sceny na drodze: Jest asfaltowa, ale pełna dziur, trudno przejechać samochodem, łatwo się potknąć i upaść. 6 stycznia 1995 roku idzie Adam tą drogą, po lewej stronie mija ogródki działkowe, zaraz zobaczy budynek ośrodka. Gdyby 6 stycznia 1995 roku Adam nie dojechał z Wrocławia do podopolskiego Zbicka przed godziną 20.00, prawdopodobnie już by nie żył. Ale żyć będzie – zdradza zakończenie filmu Robert Humski, terapeuta i lider zbickiego Monaru. Skąd w Robercie ta pewność? Daje mu ją 18 lat pracy z narkomanami. Adaś – mówi Robert – to klarowny przykład jednostki, która nie radząc sobie z własnymi kompleksami, wlazła w chlanie, a potem w ćpanie. Kto jest winien? Adam Domaradzki odpowiedzi gotowej nie ma. Nikt mu kieliszka ani pompki (strzykawki) w rękę nie wkładał. Okoliczności są może winne, może zły los, ale nie ma żadnej potrzeby tego roztrząsać. Lepiej opowiedzieć, jak było w tamtym pierwszym życiu. Pierwsze życie zaczęło się w roku 1956. Dzieciństwo to babcia. O istnieniu starszej siostry i młodszego brata Adaś jeszcze wtedy nic nie wie. Ma sześć lat, kiedy matka oddaje go do domu dziecka. Dom dziecka z czasów komuny pamięta się tak: patologia na patologii, co jest równą systemu, jak i wychowania bez miłości. W tej dżungli obowiązuje jedna zasada: kto nie jest z nami, ten jest przeciw nam. Wszyscy palą papierosy, więc kto nie pali – ten jest kapuś. Ci z „bidula” należą do grupy szczególnego narkomańskiego ryzyka. Adam „zaliczył” kilka domów dziecka. W tym miejscu scenariusza nie nakręconego filmu powinien pojawić się pewien wyłącznik światła. Tkwił na ścianie budynku szkolnego. Zadzwonili z podstawówki do domu dziecka i się poskarżyli: Adam zepsuł kontakt. Wychowawca o nic nie pytał, tylko walnął 12 – latka pięścią w twarz. Miesiąc później , kiedy twarz zdążyła się zagoić, z ust nagle polała się krew. Zawieźli Adama do szpitala w Krakowie. Lekarze stwierdzili: polip w nosie. Dwa lata później, po wielu szpitalnych miesiącach i skomplikowanych badaniach, diagnoza była już inna: nowotwór złośliwy. Twarz i szyja nim narośnięte, zniekształcone, obrzydliwe. Adam Domaradzki, lat 14, leżał na stole operacyjnym, gdy mu powiedziano, że może stracić lewe oko. Kiedy się obudził, oko było na miejscu. A poza tym był już tylko ból. Ból fizyczny można uśmierzyć chemią, na przykład za pomocą morfiny. Najbardziej bolało lustro, w którym odbijała się porakowa twarz. Wtedy jeszcze chlałem – mówi Adam o dniu, w którym skończył 18 lat. Z okazji wejścia w pełnoletniość, razem z 15 innymi podopiecznymi domów dziecka, dostaje książeczkę mieszkaniową. Prasa pisze o uroczystości wręczenia. Zapomina wspomnieć tylko o jednym: książeczka to papier, a nie dach nad głową. Zanim papierowe mieszkanie stanie się rzeczywistym, musi minąć rok. Adam „waletuje” w tym czasie we własnym domu dziecka. Do pokoju wchodzi po rynnie. W filmie nie może zabraknąć kołdry. Dostał ją Adam – na nową drogę życia – razem z książeczką mieszkaniową. Kołdra miała to do siebie, że pozwoliła się spieniężyć. Wtedy jeszcze chlałem – powtarza Adam, bo chyba uważa to za ważne. Nowotwór odzywa się ponownie w roku 1984. Czai się w brzuchu. Jelito grube trzeba usunąć prawie w całości. Znowu ból. Adam wychodzi ze szpitala, wiedząc, że nie wystarcza tanie wino owocowe, nie wystarczają leki przeciwbólowe i uspakajające. Grzanie uśmierzy niefizyczny ból. Można nawet spojrzeć w lustro. Można stawić czoło ludziom, których śmieszy, że mówisz tak dziwnie, że zaplątujesz się we własnym jąkaniu. „Grzanie” prowadzi człowieka przez życie. Marihuanę palił Adam w roku 1984 jak papierosy. Mieszkanie pod Krakowem, które dostał po roku czekania, zamieniło się w narkomańską melinę. Sypia się tam na podłodze, a kuchnia służy do produkcji narkotyków. Jako gospodarz lokalu Adam dostaje za darmo. Kiedy w garnku widać dno, można zgłosić się do lekarza po „bibułę”. Bibułę, czyli receptę na silny lek przeciwbólowy, dostaje się od ręki. Raz Adam musiał porządnie przyćpać, żeby w ogóle móc się umyć, ubrać, dojść do szpitalnej przychodni i nie wzbudzi podejrzeń. Potem wystarczyło tylko okazać zaświadczenie o przebytej chorobie nowotworowej, a wykupiony na receptę lek wymienić na inne narkotyki. Dlatego Adam nie musiał nigdy kupczyć własnym ciałem ani włamywać się do aptek. Dla ćpania – mówi Humski – puszczają się heteroseksualni mężczyźni, a matki zostawiają na melinie własne dziecko w zastaw za grzanie. Bo biorący narkoman nie zna słowa godność. Adam – jeszcze przed rakiem jelita i przejściem na rentę – zdążył wyuczyć się zawodu elektryka. Pracował przez jakiś czas w jednej spółdzielni. To wtedy go nazwano „Uczeń Diabła”. Ze względu na twarz. Adam nie liczy, ile prób samobójstwa ma za sobą. Ludzi – mówi Humski – dowartościowuje cudze nieszczęście, ból, kalectwo, nawet śmierć. Ludzie – mówi Humski – śmieją się z otyłych, jąkających się albo oglądają się na ulicy za czyjąś pokiereszowaną twarzą. Dzisiaj kryteria „ładności” są jeszcze ostrzejsze niż w socjalistycznej Polsce. Tragedia młodej dziewczyny może się rozpocząć od przekonania, że ma za grube łydki. Przy słabej psychice nawet łydki mogą człowieka poprowadzić w narkotyki. Wielu narkomanów z lat 70, żyje i bierze. Niektórym „kompocik” gotują mamusie. Robią to z przyzwyczajenia od ćwierćwiecza. Od ćwierćwiecza żyje i ćpa siostra Adama, która wychowywała się w całkiem innym domu dziecka, zaczynała od kleju i której Adam nie potrafi pomóc. Wielu narkomanów z lat 90 już umarło. Nie wywodzili się z subkultur, ani z sierocińców. Rodziców mieli bogatych lub biednych, prostych lub wykształconych. Po prostu dzisiejsze narkotyki szybciej zabijają. To, że jest zwykłym ćpunem uświadomił sobie Adam w roku 1986. Dokładnej daty nie pamięta, bo narkoman w ogóle niewiele pamięta. Pięć prób wyjścia z nałogu, niemonarowskie ośrodki w Toruniu, dwa w Gliwicach, Radom, Otwock i kilka oddziałów detoksykacyjnych. Wreszcie detoks we Wrocławiu, skąd skierowali Adama do Zbicka. W styczniu 1995 roku na jego ciele nie było żyły, w którą można wbić igłę. Skierowanie ważne do dnia 6 stycznia, do 20.00. O tej godzinie ośrodek zamyka się dla spóźnialskich. Spóźnienie świadczy o tym, że narkomanowi wcale na leczeniu nie zależy. Leczenie zaczyna się od takich podstaw. Humski trzyma Zbicko twardą ręką. Zna nasze kompleksy, ale ich nie głaszcze – mówi Adam. -Jąkasz się? – zapytał się Humski ironicznie pięć lat temu. – To my się będziemy z ciebie śmiać, dopóki tego swego jąkania nie zaakceptujesz. I śmiali się. Cała wspólnota leczących się narkomanów chichotała, a Adam czuł bunt. Przeciwko temu śmiechowi, przeciwko kpinom i przedrzeźnianiu Humskiego, wreszcie przeciwko swojemu jąkaniu. Tak trzeba – mówi Humski – chociaż boli. Adam nie może wymagać, żeby świat się do niego dostosował. W tym świecie ludzie śmieją się z jąkały. Trzeba się nauczyć olewać ich śmiech. Adam uczył się każdego dnia przez kilkanaście monarowskich miesięcy. Robert, inni terapeuci i zbicka społeczność wnikliwie go w tym czasie obserwowali. To, czy ktoś wylazł z narkotyków, widać gołym okiem. Jednak prawdziwy wysiłek zaczyna się dla neofity dopiero po zakończeniu leczenia, kiedy nie ma już hamulców, barier, surowego regulaminu i zakazów. Kiedy człowiek może jechać do Krakowa i spotkać się ze starymi kumplami od strzykawki. A jednak tego nie robi. Najpierw, zaraz po zakończeniu leczenia, Adam zaczął palić papierosy. Potem się nawet upił, a Robert powiedział tylko: wyglądasz obleśnie. Przez ostatnie lata Adam prowadzi autoterapię. Papierosów nie pali, alkoholu nie pije, po ćpanie nie sięga mimo samotności i nieudanych związków z kobietami. Adam nie jest dzisiaj wcale ładniejszy niż przed laty, ale nikt na niego nie mówi „Uczeń Diabła”. Mówią za to „Święty”. Moc dał mu nie tylko Robert Humski, ale przede wszystkim Bóg. Narkoman nie zna świata wartości etycznej. Neofita Adam takiego świata potrzebował. Dużo się teraz modli. Od kilku został w zbickim Monarze wolontariuszem – zaopatrzeniowcem, modlił się także przed rozmowami z właścicielami firm. Wchodzi Robert Humski do pokoju Adama (niedługo za oknem ruszy budowa i będzie stąd widok na hospicjum), patrzy, a „Święty” szuka u Boga wsparcia. Żeby prezes firmy mnie nie pogonił – prosi – żeby dyrektor zgodził się przekazać Monarowi cegłę, cement, kable elektryczne. Przed Bogiem Adam przyszedł życie wolne od uzależnień. W sensie społecznym – mówi Robert – on niczego wielkiego nie dokonał. Po prostu stał się normalnym obywatelem. Idzie sobie ulicą i nikt się nawet nie domyśli, że wygrał wyścig ze śmiercią. Ostatnia scena filmu może się nie podobać krytykom nie lubiącym tandentnie optymistycznych zakończeń: jest połowa sierpnia 2000 roku. Adam Domaradzki i Wojtek Fijałkowski, terapeuta i przyjaciel ze Zbicka, wchodzą razem na Gerlach. Po lewej stronie góry, po prawej góry. Przed Adamem życie. Wykupić na własność mieszkanie pod Krakowem, otrzymane dzięki pomocy przyjaciół z Monaru (chyba, że wejdzie w życie ustawa uwłaszczeniowa). Sprzedać mieszkanie i kupić gdzieś na wsi pod Opolem mały domek do remontu. Spotkać kobietę, wziąć ślub i wracać do przeszłości tylko po to, by pokazać innym, że z piekła może się urwać nawet „Uczeń Diabła”
|